|
Ks. Antoni Pałęga
Był wrześniowy, pogodny dzień.
Mój dziadek Stanisław od rana orał ściernisko pod lasem. Pługi ciągnęła
para koni. Echo odbijało od ściany pobliskiego lasu jego donośny
głos, kiedy poganiał młode, niesforne konie. Co jakiś czas Stanisław
zatrzymywał je, ażeby sobie odpoczęły. Dbał o nie bardziej, jak
mawiała z przekąsem babcia, niż o własne dzieci. Kiedy skądś wracał,
zanim wszedł do domu, najpierw musiał odwiedzić w stajni swoich ulubieńców.
Za młodu, po tygodniu mozolnej pracy, w niedzielny poranek, razem z innymi
kolegami, zamiast do kościoła, nierzadko jechał paść konie na
łąkach za Rudą. A kiedy spętane już skubały trawę, oni kładli
się na trawie i gadali o gospodarstwie, polityce, drogowelskich pięknościach
- nie folgując przy tym ani dosadnemu językowi ani. złośliwościom.
Nic dziwnego, ze kobiety, do których docierały później echa tych
rozmów, starały się temu bezbożnemu obyczajowi położyć
kres. Groziły, że powiadomią proboszcza, który w pobliskim kościele
odprawiał wtedy msze świętą. Ale na gadaniu zwykle się kończyło.
Wyjątek zrobiła moja babcia, która naskarżyła proboszczowi na dziadka, że
opuszcza msze święte, przy okazji dołożyła, że zdarza mu się mieć
swoje zdanie, że jest nerwusem itd.
Dziadek nie wiedział o tym wszystkim, kiedy w
któryś poniedziałek, wczesnym rankiem wyjechał z rosą orać długachne
pole. Konie dojeżdżały już do lasu gdy dziadek Stanisław spostrzegł idąca
stamtąd do niego dziwnie znajomą postać. "Szczęść Boże!"
- krzyknął do niego przybyły. "Daj Boże!" - odpowiedział
zadziwiony ... rakowskiemu proboszczowi, który niespodziewanie
pojawił się na jego polu. Ksiądz proboszcz na grzybach? - zagadał
Stanisław. Ale ksiądz Antoni Pałęga nie o grzybach chciał z nim rozmawiać.
Wprawdzie zagadnął o plony, gospodarstwo, ale potem przeszedł
do sedna sprawy. Konie strzygąc uszami zdawały się przysłuchiwać
tej niecodziennej odprawianej na polu katechezie i poradom małżeńskim.
Dziadek solennie przyrzekł wtedy, że będzie do kościoła chodził,
babci słuchał, a konie popasał co najwyżej w niedzielne popołudnia.
Pogodne usposobienie, łagodny, nie schodzący
z twarzy uśmiech zjednały Księdzu Antoniemu drogowlan, którzy
traktowali go zawsze z wielkim szacunkiem. Nikt nie usłyszał od niego nigdy żadnego cennika,
za posługę duszpasterską. A kiedy zapytał - padło najwyżej:
"co łaska". A ludzie byli biedni, ksiądz to rozumiał, nie
skarżył się. Toteż jego następca prędko został okrzyknięty
grabieżcą po tym jak już na wstępie musiał bez ogródek powiedzieć
ludziom, ze ich dotychczasowe datki nie pozwalają mu się w żaden sposób
utrzymać. Dzięki zainteresowaniu i trosce ks. Antoniego w
zniszczonym przez wojnę kościele św. Andrzeja po wielu latach
przerwy zaczęły się odprawiać
coniedzielne msze święte. Jednocześnie drogowlanie wspierani przez
księdza wyremontowali dach, pomalowali wnętrze świątyni,
wykonali nowe ławki w kościele, wstawili nowe obrazy, bo część zupełnie
została zniszczona. No i co niedziela, w każda pogodę,
przywozili furmanką księdza, żeby odprawiał msze święta w ich kościele
św. Andrzeja oddalonym o kilka kilometrów od rakowskiej plebani.
Ks. Antoni na starość oczywiście nie dorobił się żadnego majątku.
Przechodząc na emeryturę wyprowadził się z okazałego budynku
plebani, wzniesionego ongiś przez swojego poprzednika ks. Buczkowskiego,
do niezamieszkałej od lat starej rudery pamiętającej czasy, kiedy
ponoć zamieszkiwał w niej ariański minister. Skromnie urządził się wewnątrz. Mieszkał tam w grubych, zagrzybiałych murach przez kilka lat.
Regularnie, do końca swoich dni odprawiał msze święte w kościele.
Gospodyni, po jego śmierci przeniosła się do Kielc, gdzie zamieszkała
w skromnym mieszkaniu jednopokojowym, o które udało się wystarać
proboszczowi, by zabezpieczyć jej dach nad głową po swojej śmierci.
Szykując się do emerytury zwierzał się niektórym mieszkańcom
Drogowli, że najchętniej zbudowałby sobie domek pod lasem nieopodal
ulubionego przez siebie drogowelskiego kościoła na Rudzie, by tu w jego sąsiedztwie w spokoju
przeżyć swoją starość. Z tych planów jednak, z braku odpowiednich
środków, niewiele wyszło i
jako emeryt zamieszkał na "starej plebani" nieopodal
rakowskiego kościoła. A i pogodną starością długo się nie
nacieszył, gdyż zmarł wkrótce po ciężkiej chorobie.
Kilka lat po śmierci ks. Antoniego Pałęgi,
wdzięczni drogowlanie, we wnętrzu kościoła, wmurowali
okolicznościową tablicę, żeby upamiętnić jego pamięć i zasługi.
WYJĄTKOWY KAWALER (legenda
opowiadana w Drogowlach)
Dawno temu, w
jednym z domów, mieszkała bardzo ładna i dumna dziewczyna. Jej wyjątkowa
uroda przyciągała spojrzenia wielu chłopców. Niejeden, zapłonąwszy
gorącym uczuciem, próbował oświadczyć jej się, ale na próżno.
Dziewczyna nie odwzajemniała ich uczuć i odrzucała zalotników
jednego po drugim. Rodzice początkowo nie kryli zadowolenia z tego, ze
ich córka jest rozważna. Oni także uważali, że nie powinna się
spieszyć, że z jej uroda i z posagiem, który przygotowali jedynaczce,
zasługuje na wyjątkowego narzeczonego. I tak upływały kolejne lata.
Z czasem odtrącani miejscowi chłopcy przestali naprzykrzać się
dziewczynie, wystawać przed jej domem a nawet zwracać na nią uwagi.
Po pewnym czasie rodzice zaczęli się jednak martwić, ze ich jedynaczce grozi
staropanieństwo. Dlatego z nadzieją przywitali nieznajomego mężczyznę,
który któregoś wieczoru zapukał do domu pytając się o ich córkę.
Zaskoczona dziewczyna tym razem nie kryła swojego zainteresowania
przybyłym gościem. Wysoki, ubrany w czarny płaszcz i ciemny elegancko
skrojony garnitur, różnił się od wszystkich poznanych dotąd mężczyzn.
Wytwornie skłonił się przed nią zdejmując z głowy modny kapelusza.
Dziewczyna zaprosiła gościa do środka.
Nieznajomy
zrobił na dziewczynie wielkie wrażenie. Miał nienaganne maniery, stąd
i rodzicom także przypadł do gustu. Przed północą pożegnał się i
szybko wyszedł. Wizyty kawalera powtarzały się. Dziewczyna zaczęła
wiązać z nim poważne zamiary. Niepokoiło ją jednak to, ze narzeczony
przychodził do niej, nie w ciągu dnia, ale po zachodzie słońca i
wychodził z jej domu, zanim zegar wybijał północ.
Podczas spowiedzi opowiedziała o
wszystkim sędziwemu proboszczowi. Ksiądz bardzo poruszony,
nie krył swoich obaw o dziewczynę. Kiedy nie chciała się zgodzić na
to, żeby zerwać tę niepokojącą znajomość, musiała księdzu obiecać,
że dowie się, gdzie w środku nocy udaje się jej narzeczony po tym,
kiedy się z nią rozstaje.
Następnego wieczoru przyczepiła agrafką
do płaszcza narzeczonego nić nawiniętą na kordonek. Kiedy
wizyta dobiegła końca, sama podała i założyła narzeczonemu czarny
płaszcz, starając się, żeby niczego nie dostrzegł. Skrzypnęły
drzwi i mężczyzna wyszedł a ona z napięciem patrzyła na
kręcący się w jej rękach kordonek. Odczekała jeszcze chwilę i cicho wyszła
za nim.
Było przejmująco cicho. Na niebie księżyc
niesamowitym niebieskim światłem oświetlał uśpioną miejscowość.
Nić wiodła dziewczynę poza miejscowość, w kierunku starego kościoła.
Ze struchlałym sercem podążała za nią obok kościelnego ogrodzenia,
dochodząc do znajdującego się nieopodal cmentarza. Przycupnęła za słupkiem
ogrodzenia, słysząc jakieś dziwne odgłosy dochodzące z cmentarza.
Kiedy nabrała odwagi i wreszcie wyjrzała - w świetle księżyca zobaczyła
upiorną scenę. Przy przewróconym krzyżu, stała odwrócona do niej
tyłem ciemna postać. Poznała go po długim płaszczu. To był jej
narzeczony. Właśnie pochylał się nad rozkopaną mogiłą syna młynarza,
który utopił się niedawno w stawie. Z przerażeniem patrzyła jak
odrywa wieko trumny i wywleka z niej ciało zmarłego. Nie potrafiła
opanować się i krzyknęła ze wstrętu i zgrozy, kiedy zobaczyła
jak upiór zaczyna obgryzać rękę oderwaną od ciała nieszczęsnego
nieboszczyka.
Okrzyk ją zdradził. W jednej chwili upiór
odwrócił się w jej kierunku. Między wyszczerzonymi zębami potwora widać
było resztki makabrycznego pożywienia. Krzycząc i piszcząc rzuciła się
oszalała ze strachu do ucieczki. Uciekała na oślep. Dopiero po chwili
uświadomiła sobie, że nie biegnie w kierunku domu, ale wysadzaną
brzozami aleją prowadzącą w stronę lasu. Słyszała już coraz bliższy
tupot ścigającego ją potwora. Żeby go zmylić skręciła z drogi w zarośla
i dalej biegła na oślep przez las. Ścieżka kończyła się na
polanie, na której zobaczyła opuszczone domostwo zajmowane kiedyś
przez gajowego. Szarpnęła za drzwi i za chwilę znalazła się we wnętrzu
domu. Szybko zaparła drzwi drewniana zasuwą i przycisnęła całym
swoim ciałem.
Tamten dopadł do drzwi i zaczął w nie straszliwie
łomotać. Solidne, sosnowe drzwi nie puściły. Okna, chronione zamkniętymi
od wewnątrz okiennicami, również skutecznie broniły dostępu.
- Bracie, bracie otwórz - zaryczał. Dziewczyna rozejrzała się zatrwożona
po ciemnym pomieszczeniu. W ciemnościach dostrzegła postawioną
pod ścianą trumnę, z pokrywą odchyloną na bok. W trumnie. wśród
pożółkłych atłasów i koronek leżał śpiący, brodaty mężczyzna.
Zanim zdążył otworzyć oczy zbudzony przez piekielnego wspólnika,
dziewczyna zatrzasnęła pokrywę trumny.
- O Matko Boska Różańcowa, ratuj mnie! - krzyknęła. W tej samej
chwili coś jej przyszło do głowy. "Różańca świętego moce
piekielne nie przemogą" - przypomniała sobie słowa księdza, które
powiedział podczas dzisiejszej majówki.
- Muszę go przecież mieć tu gdzieś ze sobą! - pomyślała. Sięgnęła
ręką do kieszeni i wyciągnęła różaniec, poświęcony
podczas ostatniego odpustu. Przycisnęła go do ust. Dopadła z powrotem
do drzwi, które już się wyginały popychane straszliwie od zewnątrz. Niewiele
myśląc okręciła różańcem zasuwę. Pozbierała z z ziemi paciorki,
które potoczyły się z rozerwanego różańca. Dwa położyła na
trumnie, której pokrywa popychana od dołu już już zaczęła się
unosić do góry, po jednym paciorku położyła na każdym oknie a
ostatni wrzuciła do pieca pod sam otwór prowadzący do komina.
- Bracie, bracie! - otwórz! Sam nie poradzę! Zawiązała drzwi jakimś
potężnym łańcuchem! - krzyknął tamten zza drzwi, bezskutecznie
je szarpiąc i próbując otworzyć. Ruszyło się raz
jeszcze wieko trumny, uniosło trochę do góry i opadło z
powrotem przyciskane w dół niezwykła siłą. - Nie dam rady! -odezwał
się głuchy głos z trumny. Jakieś wielkie głazy przyciskają wieko
trumny od góry! Wejdź oknem albo kominem! - poradził.
I otwór kominowy i okna chronione jednak były różańcem świętym,
którego nieczyste siły nie były w stanie przemóc. Zrezygnowany bies
zachrypiał do dziewczyny: - Otwieraj natychmiast, pókim dobry!
- Nie otworzę! - odkrzyknęła stanowczym głosem dziewczyna.
- Otwieraj, bo... Ci ojciec umrze! - Nie! - zaszlochała dziewczyna.
- Otwieraj, bo i matkę wkrótce pochowasz! - Nie mogę! - płakała
dziewczyna. Nie otworzę, nie mogę!...
- Otwieraj natychmiast, bo .... i ty sama umrzesz! - Zanim wybrzmiało
powiedziane stanowczym głosem kolejne: "Nie!" coś błysnęło,
wszystko pociemniało i jeszcze raz na nowo zapaliło się światło.
Kiedy dziewczyna otwarła napowrót oczy, ze zdumieniem rozglądała się
wokół siebie. Cały koszmar zniknął. Nie było nigdzie ani potworów,
ani leśnego domku. Ona sama siedziała na skrzyżowaniu dróg i dotykała
paciorki rozerwanego różańca poukładane wokół niej na
drodze.
- Musiało mi się to wszystko przyśnić albo zwidzieć - pomyślała
wracając do domu. Wkrótce jednak zmarł niespodziewanie jej
ojciec, a po miesiącu także i matka. Ona sama widząc w tym moc
czartowskiego przekleństwa, za rada spowiednika, schroniła się w
klasztorze Św. Katarzyny w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce złożyła
tam śluby wieczyste. Umierając dla tego świata, dla jego doczesnych
spraw, poświęciła się Bogu pokutując za swą pychę, wypraszając łaskę
zbawienia dla swoich rodziców. A na pamiątkę tych zdarzeń obok jej
domu na drogowelskiej Rudzie wzniesiono kapliczkę, z której
do dziś zachowały się zaledwie ruiny.
|